Kryzys rewolucji czyli Kaizen

kaizen
Standardowy

Firma dojrzała nauczyła mnie tego, że rewolucja to zbędny przelew krwi a raczej- w przypadku firmy- czasu, pieniędzy i wysiłku. Japończycy wiedzą to nie od dziś kierując się w biznesie filozofią Kaizen- czyli metodą małych acz niekończących się ulepszeń, które nie wymagają dużego zaangażowania tak czasowego jak i finansowego. Nie tak żyją społeczeństwa europejskie – wręcz przeciwnie-tutaj innowacja, nowy system to „coś”, co każdy zarządzający firmą powinien wprowadzać, a jeśli tego nie robi to znaczy, że jest kiepskim zarządzającym. Europejska filozofia wielkich zmian (innowacji) została dodatkowo napędzona w ostatnich latach przez fundusze europejskie (którym mówię stanowcze NIE) skutkiem czego tysiące firm chcąc nie chcąc zaczęło wprowadzać innowacje na wielką skalę.

Również moja firma rodzinna 20+ załapała się na wielką falę dofinansowania innowacji przez UE. Poczucie sukcesu ze zdobycia znacznych środków zostało szybko zastąpione uczuciem niesmaku, gdy liczba dokumentów do wypełnienia rosła z tygodnia na tydzień zmieniając się z półki skoroszytów w sporych rozmiarów pokój wypełniony dokumentacją unijną; gdy pracownik zaangażowany po godzinach w prowadzenie programu unijnego zmienił się w pełnoetatową księgową i pół wypełniającą, stemplującą i tworzącą kolejne dokumenty, potwierdzenie dokumentu potwierdzenia faktury potwierdzenia przyjęcia, wreszcie uczucie niesmaku zmieniło się w uczucie frustracji, goryczy i żalu, że w ogóle do programu przystąpiliśmy. Rzekome finansowanie firmy było rzeczywistym finansowaniem urzędników- jeśli nie w Brukseli- to na pewno w Polsce, my bowiem nie zyskaliśmy nic. Nie tylko dlatego że koszt dofinansowania w zasadzie pokrył koszty pracowników zaangażowanych w tworzenie dokumentacji ale też dlatego, że żadna z wprowadzonych rewolucji nie utrzymała się długo.

Oprócz innowacji, które już w momencie wprowadzania nie miały sensu biznesowego ale nie można ich było zmodyfikować, gdyż tak zostało zapisane we wniosku pisanym dwa lata wcześniej przeszkodą nie do pokonania stał się opór pracowników. Nie był to opór powstańców- bynajmniej- oni zgadzali się na nowy system, szkolili, słuchali- po czym- zarzucali. Tłumaczenia zawsze były przekonywujące- a to system się zawiesił, a to sprzęt, a to osoba odpowiedzialna była chora. Zawsze byli gotowi do poprawy i pełnego wprowadzenia systemu w kolejnym terminie….po czym system na nowo funkcjonował tylko na powierzchni zaś w praktyce pracownicy niezmiennie stosowali dawny znany sobie system. Ten zamknięty krąg trwa już niemal….3 lata. Tak, od 3 lat nie jesteśmy w stanie skutecznie wprowadzić systemu. I teraz już wiem dlaczego: rewolucja nie jest dobrą decyzją w dojrzałej organizacji. Żeby wprowadzić rewolucję trzeba albo wymienić ludzi albo zarzucić rewolucję na rzecz japońskiej filozofii Kaizen. Nie ma sensu tracić sił na rewolucje skoro spokojnie małymi kroczkami można dojść do znacznie skuteczniejszej zmiany w organizacji.

Czas upadku

ostry zjazd
Standardowy

W życiu każdego start upu nadchodzi czas porażek. Czas, w którym dostajesz uderzenie za uderzeniem i zastanawiasz się czy jeszcze warto, czy mam jeszcze siłę by przyjąć kolejny cios?

W życiu naszego start upu czas porażek nadszedł w roku trzecim. Kiedyś musiał przyjść i skoro teoria biznesu zgodnie twierdzi, że kluczowy dla dalszego działania firmy jest rok trzeci (wcale nie pierwszy) to nie pozostało nic innego niż przeżyć to na własnej skórze. A więc przeżywamy. No i liczymy, że przeżyjemy mimo, że statystyki są nieubłagane: jedynie 50% nowych firm przeżywa rok trzeci. 

Ostatnie dwa miesiące to istna kolejka górska. Z poziomu- nazwijmy to opanowanego, wspięliśmy się w trybie expresowym na wyżyny, na których- teraz już wiemy- nie powinno nas w ogóle być. Wspięcie to okupione było najbardziej pracowitym tygodniem życia- po 18 godzin na dobę (szerzej o tym w innym wpisie), niemal dwukrotnym zwiększeniem zatrudnienia i miesiącem chełpienia się sukcesem.  Po czym nastał czas upadku. W ciągu dokładnie dwóch tygodni zaczął się zjazd. Ostry na maksa.

Największy klient naszego start-upowego życia, istna kura znosząca złote jajka, zakończyła współpracę z nami. Nasza wina, nasza wina, nasza bardzo wielka wina…ale za późno na zmianę. Pośrednik w kontrakcie- najważniejszy z naszych dwóch długoterminowych partnerów biznesowych, zdobywany w pocie czoła przez ponad rok czasu obraził się na nas za stracony kontrakt wiązany z kurą znoszącą złote jajka. Zatrudnienie trzeba było ponownie zrewidować do poziomu sprzed kury od złotych jajek co nie było wcale łatwe zważywszy na fakt, że nowi pracownicy okazali się bardzo zdolni i zaangażowani..no i wreszcie na dobicie wszystkiego pojawiła się reklamacja od stałego klienta, zakończona poważną stratą finansową i zapewne utratą klienta.

Dzisiaj mija dwa tygodnie od rozpoczęcia zjazdu….zastanawiam się czy jesteśmy już na dole czy jeszcze zjeżdżamy…

Fundusze unijne czyli licz przede wszystkim na siebie

fe
Standardowy

Perspektywa otrzymania imponującego dofinansowania na pierwsze lata działalności biznesu stała się inspiracją dla stworzenia świetnie radzącego sobie start-up’u (więcej tutaj).

Same fundusze unijne jednak wspominam jako jedną wielką pomyłkę- zarówno w odniesieniu do start-up’u jak i dojrzałej firmy 20+.

Dlaczego fundusze unijne uważam za pomyłkę?

Przede wszystkim dlatego, że albo się ich nie dostaje (przypadek mojego start-upu) albo skutecznie rozwalają system normalnie racjonalnego działania firmy, niszczą nerwy, morale a w rachunku końcowym wychodzimy albo na zero albo wręcz na minus (przypadek mojej firmy 20+).

O fundusze w start-upie staraliśmy się …czterokrotnie.

Jak to się stało, że staraliśmy się o fundusze unijne czterokrotnie?

Pierwszy raz  był pełny wiary i nadziei. Wydawało się, że spędzając wiele nocy na pisaniu wniosku i  dni na dopracowywaniu koncepcji super biznesu high-tech na pewno dostaniemy dofinansowanie i w perspektywie trzech lat rozwiniemy milionowy biznes. Taaaaa….oficjalne pismo od PARP stwierdzające: NIE rozwiało te nadzieje.

Drugi raz- to niemal naturalne podejście: we wniosku o dofinansowanie zostały wskazane błędy i niedociągnięcia zatem wydawało się, że jeśli poprawimy te błędy kolejny wniosek zostanie przyjęty. Zaczęło się chodzenie na szkolenia organizowane przez PARP „jak pisać by dostać„, napisaliśmy ścisłe wg. wskazówek i…..nie dostaliśmy.

Trzeci raz był wypadkową podejścia numer dwa: podczas jednego ze szkoleń poznaliśmy prężnego informatyka z Krakowa, który zafascynował się naszym pomysłem ale równocześnie wskazał punkty, w których moglibyśmy poprawić projekt tak by był bardziej zyskowny a przy tym high-tech. Ponieważ koncepcja jeden nie wypaliła w dwóch podejściach, została zmodyfikowana i złożyliśmy wniosek po raz trzeci. I po raz trzeci decyzja znów była odmowna….tymczasem…..

Tymczasem my załapaliśmy wirusa biznesu. Entuzjazm jaki informatyk z Krakowa wykazał wobec naszego projektu oraz trzykrotne udowadnianie we wnioskach unijnych jak świetny jest nasz pomysł sprawił, że naprawdę uwierzyliśmy że mamy przed sobą fantastyczny biznes i jedyne co nas blokuje przed jego realizacją to brak funduszy unijnych.

Ponownie zmieniliśmy strategię. Założyliśmy, że błąd tkwił nie w pomyśle biznesowym (który oczywiście był genialny) lecz w naszym wniosku. Postanowiliśmy zatrudnić profesjonalistów czyli firmę wyspecjalizowaną w pisaniu wniosków unijnych.

Ponieśliśmy wówczas nasz pierwszy koszt – wcale niemały. Pan profesjonalista napisał wniosek, i aplikacja została złożona po raz czwarty. Teraz wszystko było idealne: tak pomysł jak i przygotowanie wniosku. Jakim zaskoczeniem było gdy i tym razem komisja uznała, że nasz projekt ma szans na odniesienie sukcesu rynkowego i dofinansowania nie dostanie.

Brak dofinansowania unijnego- i co dalej?- w kolejnym odcinku

 

Na początku była ciemność…czyli pomysł na biznes

women with lamp
Standardowy

Jak powstaje pomysł na firmę? Często to całkowity przypadek: wizyta u lekarza podczas której siedzimy na niewygodnym krześle i wpadamy na pomysł wyprodukowania wygodnych nakładek na krzesła…albo krzeseł o ultra przyjaznym kształcie…albo wręcz wybudowania kliniki gdzie nie będzie krzeseł tylko leżanki.

prawdziwy zwycięzca

prawdziwy zwycięzca

Na podobne pomysły większość z nas wpada kilkakrotnie w ciągu roku, miesiąca a nawet dnia (zależy od kreatywności). I większość z tych pomysłów umiera śmiercią naturalną tak szybko jak pojawiły się w naszych głowach. Pomysł na biznes, który przejdzie w fazę sprawdzania opcji to wyjątek, ten który przejdzie w fazę realizacji- unikat a ten który odniesie sukces- ha, to prawdziwy zwycięzca:

Jak powstał mój pomysł na firmę, która jest w fazie sukcesu? Totalnie abstrakcyjnie jak to zwykle bywa. W tym czasie PARP organizował konkursy z 70 a nawet 80% dofinansowaniem dla start-upów, wykorzystujących nowoczesne technologie. Sumy były niemałe, dofinansowanie wszelkich aspektów działalności do 3 lat.  Warunek był jeden: działalność firmy musiała być high tech tj. miała nie zawierać fizycznych produktów jak i obecności człowieka w czasie rzeczywistym w procesie sprzedażowym. A zatem sklep internetowy odpadał gdyż wymagałby do uzyskania przychodu fizycznego wkładu w postaci zapakowania i wysłania produktu. Co zatem wchodziło w grę? Tu nastąpiła prawdziwa burza mózgów z moim partnerem. Co możemy wymyślić żeby móc aplikować w podobnym konkursie? Myśleliśmy i myśleliśmy aż wymyśliliśmy: portal pośredniczący w korektach językowych. Z jednej strony użytkownicy gotowi wykonać zadanie, z drugiej klienci potrzebujący korekty językowej materiałów reklamowych z trzeciej wreszcie – my czyli portal – gdzie sprzedaż pakietów następuje online bez fizycznej obecności obu stron transakcji w tym samym momencie oraz bez fizycznego produktu.

Raźno zabraliśmy się za wypełnianie obszernej dokumentacji konkursowej. Obszernej to najdelikatniejsze określenie tego co trzeba było wypełnić: tabelki, wyliczenia, biznes plan, SWOT, badanie rynkowe i wszystkie inne magiczne formułki- no i najbardziej magiczne ze wszystkich: rejestracja firmy w Polsce. Ale o tym już w następnym odcinku…